Był piękny środowy wieczór. Odpowiadałam na sms-y, maile, pisałam komentarze na Facebooku, umawiałam się na jutrzejsze spotkania, oglądałam jakiś program rozrywkowy w telewizji. „Jak wiosny budzącej się wiew…” – jak to śpiewał Mieczysław Fogg.

Lecz ja, miast tego wiewu wiosny, poczułam jakiś dziwny swąd. W pierwszej chwili, ponieważ jestem osobą palącą, pomyślałam, że spadł mi popiół z papierosa. Po dokładnym sprawdzeniu, okazało się, że nie. Otworzyłam więc drzwi balkonowe. W tym momencie zorientowałam się, że coś się pali. 998 „Panowie, chyba coś się pali, nie wiem, może kosz na śmieci na zewnątrz?” Adres, moje nazwisko. „Co mam robić? Mam wyjść z mieszkania?” „Tak, proszę wyjść.”
To już się nie udało. Po otwarciu drzwi wejściowych zaatakowała mnie ściana dymu. Z taką siłą i mocą, że nie byłam w stanie nawet wyciągnąć ręki na pół metra, aby zapukać do sąsiadów, nie mówiąc już o dojściu do kraty, która oddziela nasze mieszkania od klatki schodowej. A zatem pozostało mi tylko zamknąć te drzwi. W tym czasie pokój zrobił się już cały zadymiony, tak że nie dało się oddychać. W jakimś odruchu chwyciłam tylko chustę i wybiegłam na balkon, na którym sytuacja wcale nie była lepsza. Ale przynajmniej było jakieś poczucie otwartej przestrzeni i nadzieja na wdech świeżego powietrza, które jednak nie przychodziło, bo jak się okazało cały ogień z VI piętra wydobywał się przez balkon.

Zdążyłam jeszcze tylko zadzwonić po raz drugi pod 998 i powiedzieć, że nie „chyba”, a „na pewno” się pali. Zadzwoniłam też jeszcze tylko do mojego kolegi, przepraszając, że się jutro nie spotkamy tak jak się umawialiśmy i już się w ogóle nigdy nie spotkamy. On w pierwszej chwili pomyślał, że trochę za bardzo zabalowałam i stroję sobie żarty.

Kolejne pół godziny upłynęło mi na przesiedzeniu w kuckach na balkonie z poczuciem, że to ostatnie chwile mojego życia. Zasłaniałam tylko twarz chustą, zresztą z Betlejem, bo dym wżerał się przeraźliwie w oczy, nos i usta. W międzyczasie zorientowałam się, że nazewnątrz jest już Straż. Ale wcale nie robiło się lepiej. Wręcz w pewnym momencie poczułam, że zaczynam tracić przytomność, a dymu i ognia było jeszcze więcej! Ale coś mi tylko podpowiadało, żeby próbować pozostać przytomną… – bo to podobno ważne.

Po jakimś czasie, tej dla mnie niemal całej wieczności, usłyszałam jakieś „stuk, stuk, stuk”. W pierwszej chwili pomyślałam, że to diabeł już do mnie puka z tych otchłani piekielnych. Chwilę później pukanie okazało się głośniejsze, udało mi się dojść do drzwi, a w nich: Straż Pożarna. Ewakuacja budynku. Chwyciłam tylko torebkę i, co ciekawe…, nuty na koncert. Na klatce moją uwagę zwrócił jeden ze Strażaków. „Czy to pan kapitan Kwiatkowski?” „Tak.” „A to ja byłam pana studentką.” W tym momencie już wiedziałam, że nic mi nie grozi, poczułam się bezpieczna.

Upewniliśmy się, że wszyscy sąsiedzi (włącznie z psem Zosią) z mojego piętra wyszliśmy z mieszkań. 9 pięter w dół (po drodze spotykając sąsiadów z niższych pięter, ale na szczęście w asyście Strażaków) i znaleźliśmy się pod blokiem. Tam: tłum gapiów, już ciężko było rozróżnić, kto wyszedł z pożaru. Co ciekawe: o ile strażacy uwijali się jak w ukropie, służby medyczne również, tak policja… Cóż. W pewnym momencie spróbowałam poprosić ich o pomoc, ponieważ, po tym całym gorącu, na dworze zaczęło mi się robić zimno. Byłam w spodenkach od piżamy i bez kurtki. Sześciu policjantów stało przy radiowozie, radośnie konwersując. Na moją prośbę o coś do ogrzania, usłyszałam: „Co, skarpetki mam pani swoje oddać?!” „Jak pani zimno to możemy zaprosić do radiowozu! Na Kolskiej albo w areszcie będzie cieplej!” Taka oto pomoc ze strony policji… Poczułam się jak przestępca, a nie jako osoba, która ledwo uszła z pożaru z życiem. Do dziś się zastanawiam, co robi policja w takim miejscu i w takiej sytuacji. Wiem: osłanianie miesięcznic smoleńskich jest dużo prostsze.

Następnego dnia na naszej klatce schodowej zaczęły pojawiać się ogłoszenia. Generalnie: chcemy pomóc poszkodowanym i dziękujemy tym, którzy uratowali nam życie. W sobotę popołudniu spotkaliśmy się z sąsiadami. Działamy.

Ja jestem absolwentką SGPS. Na kierunku cywilnym i podyplomowo, ale zawsze. Byłam więc przygotowana na takie sytuacje o wiele bardziej niż przypuszczam przeciętny człowiek. Ile ja się naczytałam, nasłuchałam i naoglądałam pożarów! Pisałam z tego pracę na studiach, zdawałam egzamin. Ale uwierzcie mi Państwo: nikt, ale to nikt, nie jest w pełni przygotowane na takie zdarzenie. To się dzieje w przeciągu sekund!
Dlatego tak ważne jest aby zapobiegać takim sytuacjom, a jeśli już do nich dojdzie, żebyśmy wiedzieli, jak się zachować.


Berenika Medyńska
Foto: Łukasz Janczak

Dodaj komentarz